2. Szninkiel (sc.
Jean van Hamme, rys.
Grzegorz Rosiński; Egmont Polska;
10/10). Klasyk komiksu i Rosiński w najlepszej formie. Tegoroczne wznowienie to, bagatela, pierwsze od 22 lat wydanie z oryginalnymi kolorami czyli czarno-białe. Przy tym z pełną świadomością pomijam tutaj wydanie Egmontu z naniesionymi przez Grazę kolorami i podzielone na trzy części. Szkoda tylko, że Szninkle zostały przemianowane na Szninkiele. Rozumiem, że tak jest pewnie bardziej poprawnie. W końcu Szninkiele to takie zwierzaczki jak... jelenie lub daniele.
3. Rewolucje: Dwa dni (sc. i rys.
Mateusz Skutnik; Mroja Press;
8,5/10). Jedyny polski komiks na liście i zasłużone miejsce na podium. Tym razem dwie krótkie historie, których motywem przewodnim są, najkrócej pisząc, paradoksy czasowe. i zapętlenia. Zresztą w poprzednich tomach
Rewolucji Skutnik nie raz dawał wyraz swojemu zainteresowaniu tymi rozwiązaniami, zabierając czytelników we frapujące podróże.
Dwa dni to w istocie tylko krótki, aczkolwiek bardzo miły, przystanek na trasie linii
Rewolucje. Jak można wywnioskować z
bloga autora, kolejna część cyklu już powstaje. Trzymam kciuki za rychłą premierę.
4. Skład główny (sc. i rys.
Regis Loisel i
Jean-Louis Tripp; Egmont Polska;
8,5/10). Bardzo ciepła, obyczajowa opowieść o życiu mieszkańców kanadyjskiej wsi z początków XX w. Autorom umiejętnie udało się ominąć niebezpieczeństwa, które niesie ten typ historii - tani melodramatyzm i zwyczajna nuda. Komiks nie jest szczególnie przełomowy czy odkrywczy, jednak jego lektura dostarcza wiele satysfakcji. Między innymi ze względu na świetne rysunki autorów.
5. Animal'z (sc. i rys.
Enki Bilal; Egmont Polska;
8,5/10). Bilal niezmiennie w wysokiej formie. Postapokaliptyczna przypowieść z proekologicznym przesłaniem została zilustrowana po mistrzowsku, jak to na autora tradycyjnie przystało. Bilal jest jak dobre wino - im starszy tym lepszy. Przynajmniej graficznie. Jak donosi
Polter, już w styczniu ukazać się ma druga część komiksu, fabularnie stanowiąca jednak odrębną całość.
6. Super Pan Owoc (sc. i rys.
Nicolas de Crecy; timof i cisi wspólnicy;
8,5/10). Autor tym razem w nieco słabszej formie niż w
Dziadku Leonie, tym niemniej to wciąż ten sam de Crecy. Mamy więc całą masę groteskowego humoru i odrobinę refleksji nad ludzką naturą. Ze względu jednak na specyfikę stylu autora, komiks prawdopodobnie nie wszystkim się spodoba.
7. Krzyk ludu (sc. i rys.
Jacques Tardi; Egmont Polska;
8/10). Pierwszy w Polsce komiks autorstwa długo wyczekiwanego francuskiego klasyka Jacquesa Tardi'ego. Zaletami tego komiksu są niewątpliwie rysunki. Tardi to bezpośredni "spadkobierca" wypracowanego przez Herge'a stylu
ligne claire. Styl ten Tardi doprowadził prawie do perfekcji. Kolejnym plusem albumu jest sama tematyka i dbałość o historyczne odwzorowanie wydarzeń. Komiks ma też jednak wady. Przede wszystkim zwraca uwagę nie najlepsze rozpisanie scenariusza na dialogi i kadry. Z tego względu momentami komiks czyta się ciężko i niezbyt płynnie. Razi też nachalność ideologiczna autora książki, na szczęście tylko w przedmowie.
8. Sandman: Senni łowcy (sc. i rys.
P. Craig Russell; Egmont Polska;
8/10). Tak jak pozytywnym zaskoczeniem rok temu była dla mnie komiksowa adaptacja
Koraliny Russella, tak w tym roku podobnie zaskoczyli mnie
Senni łowcy. Graficzny styl autora można lubić lub nie, ale Russellowi trzeba oddać, że jest doskonałym adaptatorem książek Gaimana. Poza tym sama historia stworzona oryginalnie przez Neila Gaimana jest klasycznie baśniowa, co dodaje jej uroku i pozwala czytelnikowi choć na chwilę poczuć się jak dziecko.
9. Blacksad: Piekło, spokój (sc.
Juan Diaz Canales, rys.
Juanjo Guarnido; Egmont Polska;
8/10). Cóż, w każdym dotychczasowym tomie
Blacksada kilka elementów stało zawsze na najwyższym poziomie - mimika, odwzorowanie ruchu postaci i klimat opowieści. Na szczęście nic się w tym względzie nie zmieniło. Natomiast scenariuszowo komiks nigdy mnie nie porywał. I tym razem także nie jest inaczej.
10. Liga niezwykłych dżentelmenów, Stulecie cz. 1: 1910 (sc.
Alan Moore, rys.
Kevin O'Neil; Egmont Polska;
8/10). Niewątpliwie najsłabsza z dotychczas wydanych w Polsce
Lig. Ponieważ całe
Stulecie liczyć ma sobie trzy części, można żywić nadzieję, że w późniejszych tomach będzie lepiej. Tym niemniej styl Moore'a wciąż jest niezmiennie charakterystyczny. Wychodzi na to, że o czym by Moore nie pisał, i tak wyjdzie z tego dzieło co najmniej przyzwoite. Dla mnie przynajmniej nie liczy się "o czym" jest komiks, liczy się natomiast "jak jest napisany".
W dziesiątce znalazło się siedem komiksów z Europy, dwa z USA i jeden z Polski. Najwięcej tytułów pochodzi z wydawnictwa Egmont. Po jednym tytule wprowadzili Mroja Press i timof i cisi wspólnicy. Tym razem nie ma żadnego komiksu z Kultury Gniewu.
* * *
Z ostatniej chwili. Właśnie rozpoczęło się głosowanie w plebiscycie
Komiks Roku. Jakież było moje zdziwienie, gdy wśród pięćdziesięciu wytypowanych tytułów nie dostrzegłem komiksu, który umieściłem na pierwszym miejscu mojej listy, czyli drugiej części Arq (na Szninkla można machnąć ręką, bo to wznowienie). W tym miejscu powstaje zasadnicze pytanie o sens takiego głosowania. Czemu tak naprawdę ma ono służyć? Znając jako tako internetowe środowisko miłośników komiksu, na pewno plebiscyt ten nie ma na celu wytypowania jaki komiks jest najpopularniejszy wśród czytelników ani temu, który komiks czytelnicy uważają za najlepszy. Efektem plebiscytu z tak skonstruowanymi zasadami może być co najwyżej elitaryzacja niektórych komiksów na rynku, który i tak jest już maleńki i cały czas się kurczy oraz dzielenie czytelników na lepszych i gorszych. To tak, jakby wytknąć czytelnikom, że te komiksy, które czytają nie są tak naprawdę wartościowe. Skoro to ma być wybór krytyków, to niech sami krytycy wybiorą w swoim gronie, ich zdaniem, najlepsze komiksy. Tak było by uczciwiej. Zamiast tego, organizatorzy postanowili "zalegalizować" wybór krytyków, rękoma internautów. Autentycznie, cel tego plebiscytu pozostaje dla mnie zagadką.
Chciałbym w tym miejscu zaznaczyć, żeby nie było nieporozumień, że nie dziwi mnie wybór poszczególnych redaktorów, z którymi zresztą często się zgadzam (
vide Marek Turek i Maciej Reputakowski). Każdy przecież ma swój własny gust i preferencje. Dziwi mnie natomiast sama formuła plebiscytu.
Żeby też nie było, że tylko marudzę nie wnosząc nic konstruktywnego, przywołam przykład całkiem dobrze przemyślanego plebiscytu. Mam tu na myśli nagrody "K", które pewnie część czytelników pamięta. Głosowanie polegało po prostu na typowaniu konkretnych komiksów czy autorów. Jedynym ograniczeniem była data wydania. Głosowanie było jednoetapowe, jednak dobrym pomysłem mogłoby być także podzielenie głosowania na dwa etapy - tajne zgłaszanie kandydatów przez każdego chętnego i następnie jawne głosowanie z iluś tam komiksów, które uzyskały największą liczbę głosów (być może nawet coś podobnego funkcjonowało w którejś z odsłon nagród "K"). Takie rozwiązanie nie miałoby wad, które niestety ma plebiscyt na Komiks Roku.